Tomasz Achrem, "Metropolia"
Po maszynach, pociągach, świńskich półtuszach – czas na studentów. Niech opanują Starą Rzeźnię, Gazownię, Wolne Tory. To, co dziś martwe – student ożywi. Jednym słowem – zrewitalizuje. A więc – dajmy sobie szkołę! I to nie byle jaką.
Historia powtarza się jak farsa. Mam nadzieję, że ta historia powtórzy się – zgodnie ze słowami Marksa – tylko raz. Trzeciej edycji bym już nie zdzierżył. Zeszłoroczny cykl GAZETY WYBORCZEJ Poznań na zakręcie ujawnił kilka ciekawych pomysłów na miasto, kilka osób z tymi pomysłami dzięki niemu się spotkało, kilka projektów wkroczyło w fazę realizacji bądź też są na razie promowane wśród możnowładców. Także nasz magazyn jest w pewnym stopniu pokłosiem tamtej dyskusji. Teraz oczom zdezorientowanych podróżnych ukazał się w GAZECIE Przystanek Poznań. I znów wstępniak od redaktora dyskusję prowadzącego, i znów na pierwszy ogień prezydent, i znów tekst niezawodnego Marcina Mutha, i znów kilka listów od czytelników, którym jeszcze chce się pisać. Déjà vu. Wolelibyśmy jamais vu, panowie redaktorzy z centrali GAZETY. Tym razem niestety, i wstępniak dziwnie przypominał discopolową wersję Organicznej potrzeby nowego organizmu autorstwa tercetu Bańczyk-Mróz-Śmiejkowski, i prezydent jakby stracił przedwyborczy zapał, i Muth nie przywalił między oczy jak wtedy poprzez Festung Posen. Tradycyjnie przenikliwy prezydent słusznie zauważył charakter tego nieciekawego remake’u i z żalem skonstatował, że nie wykorzystano niczego z płodów tamtej debaty. Znowu zaczynamy od zera. To jak z rybą drugiej świeżości u Bułhakowa. Ryba zaś albo jest świeża, albo świeża nie jest.
Lektura wywiadu z prezydentem sprawiła mi radość przede wszystkim jednak z tego powodu, że na zarzut o brak wizji prezydent odpowiada po pierwsze - hasłem AKADEMICKI POZNAŃ. Ta wizja mnie zauroczył a. Nasze miasto zapełniło się parkami pełnymi ławek i fontann. Dookoła – wiktoriańska zabudowa. Te piękne dziedzińce i krużganki, gdzie charyzmatyczni profesorowie o facjatach Russella Crowe, Anthonego Hopkinsa i Robina Williamsa dyskutują z grupkami ślicznych studentek i przystojnych studentów. Na te kinowe reminiscencje nałożyły się jeszcze wspomnienia ze studiów we Fryburgu Bryzgowijskim – mieście uniwersyteckim par excellence. Warunki do studiowania są tam tak doskonałe, jak u nas warunki do uprawy pyr. Ta mydlana bańka w mojej głowie pękła jednak w zderzeniu ze skrzeczącą rzeczywistością studiów w Poznaniu i rzekomymi inicjatywami władz miasta na tym polu. Jestem jednak w zbyt dobrym nastroju, żeby znęcać się nad tymi zaniechaniami, złymi decyzjami, pustymi hasłami, przypisywaniu sobie sukcesów innych. Hasło AKADEMICKI POZNAŃ jest kiepskie w formie, ale świetne w treści i ma o wiele mocniejsze podstawy niż POZNAŃ STAWIA NA SPORT.
WYKŁADOWCA, KREDA – TAK SIĘ DŁUŻEJ NIE DA
Poznań jest bowiem jednym z najważniejszych ośrodków szkolnictwa wyższego w kraju. Gra w pierwszej lidze razem z Warszawą, Krakowem i Wrocławiem. W pewnym sensie jest miastem bardziej akademickim niż tamte, bo ma najwyższą liczbę studentów w stosunku do mieszkańców. Jest najbardziej nasycony studentami. Na 25 uczelniach (w tym 8 publicznych) kształci się ich ponad 130 tys. Wśród nowopowstałych szkół wyższych Poznania dominuje profil ekonomiczny i inne nauki społeczne. Jest to po prostu najtańsza opcja – wystarczy sala, tablica, kreda i wykładowca. Minimum inwestycji – maksimum zysku. Ta droga rozwoju już się skończyła. Bądźmy przygotowani na zamykanie się części tych szkół. Teraz czas na szkoły specjalistyczne, wyjątkowe, często też kapitałochłonne – wymagające odpowiedniej bazy technicznej oraz zatrudniania wysokiej klasy wykładowców, najlepiej z dobrych uczelni zachodnich, także jako profesorów wizytujących. Szkoły takie przyciągnąć mogą też studentów z zagranicy, których w Poznaniu jest zaledwie około tysiąca. To nawet mniej niż 1 proc. ogółu. I to niestety dowód na prowincjonalny charakter naszego ośrodka. W przywoływanym już Fryburgu studentów z zagranicy jest ponad 16 proc.!
Błędem byłoby oczywiście niedostrzeganie poprawy w sytuacji poznańskiego szkolnictwa wyższego. Dzięki boomowi, jeśli chodzi o liczbę studiujących, są od wielu lat w tej dziedzinie duże pieniądze. Cieszy więc modernizacja większości uczelni. Cieszą inwestycje w nowe obiekty. Cieszy wysoka jakość architektury wielu z nich: biblioteki filologicznej obok Collegium Novum UAM autorstwa Tomasza Durniewicza, centrum wykładowego PP nad Wartą autorstwa Mariana Fikusa, skrzydła wschodniego oraz gmachu Aula Nova Akademii Muzycznej projektu Jerzego Gurawskiego; wreszcie budynku WSNHiD autorstwa Mariusza Wrzeszcza. Cieszy też to, że nie wszystkie wyższe uczelnie wynoszą się na przedmieścia, jak w przypadku UAM, który przeniósł swoje liczne wydziały na nieszczęsny kampus Morasko. Mamy świetne dziedzictwo w zakresie tego typu architektury – prawie wszystkie ważniejsze budynki akademickie za komuny zaprojektowali, pracując w różnych konfiguracjach, Milewski, Skupniewicz i Sternal. Chodzi o takie świetne przykłady modernizmu jak Collegium Novum UAM, Collegium Altum AE, Wydział Elektryczny i Wydział Budowy Maszyn PP, Wydział Technologii Drewna i Collegium Maximum AR czy wreszcie Dom Studencki Jowita i szkoła muzyczna przy ul. Solnej. Jest też gmach AWF importowanego z Warszawy Leykama. Nie schodźmy poniżej tego poziomu. Jak dowodzi niedawny artykuł w GAZECIE prof. Jajszczyka z krakowskiej AGH, zazdroszczą go nam nawet krakowiacy!
POZNAŃ ZDZIAŁAŁ WIELE, NO I JEST MODELEM
Ten numer poświęcamy REWITALIZACJI. Stawać się może ona niejako samoistnie. Zdegradowane części miasta – dzięki prywatnym inwestycjom – stają się przestrzenią wysokiej jakości. Sztandarowymi przykładami takiej rewitalizacji w Poznaniu są Stary Browar czy budowane właśnie osiedle City Park w dawnych koszarach przy ul. Ułańskiej. Karkołomną tezą byłoby jednak zaliczenie wspomnianych wcześniej nowych inwestycji poznańskich uczelni wyższych w zakres rewitalizacji. Nie powstawały one bowiem na obszarach zdegradowanych, poprzemysłowych, powojskowych czy pokolejowych. Szkoda więc, że dotąd nie wykorzystano takiej szansy. Proszę mi wybaczyć propagandę sukcesu – nieczęsto ją przecież uprawiamy na naszych łamach – ale jest Poznań prawdopodobnie liderem w zakresie opracowywania programu rewitalizacji. MIEJSKI PROGRAM REWITALIZACJI (MPR) dla Poznania to program w skali kraju modelowy. Cytując pierwszy akapit tego dokumentu: „[jego] zasadniczym celem jest ożywienie gospodarcze i społeczne, a także zwiększenie potencjału kulturalnego i turystycznego, w tym także nadanie obiektom i terenom zdegradowanym nowych funkcji społeczno-gospodarczych.” Wybór dwóch obszarów, gdzie program ten będzie realizowany wydaje się być już intuicyjnie oczywisty. Skupiono się na śródmieściu, które zdiagnozowano słusznie jako obszar kluczowy dla rozwoju miasta, a zarazem obszar kryzysowy. Pierwszy obszar rewitalizacji to Śródka, Ostrów Tumski i Chwaliszewo, natomiast drugi to obszar części Jeżyc i Łazarza, na osi ważnych ulic o znaczeniu centrotwórczym dla tych dzielnic. Krakowscy rajcy nie byli tak rozsądni, jak poznańscy – chcieli objąć programem rewitalizacji całe (!) miasto. Wiadomo – żaden zaradny/radny nie chciał usunąć swojej własnej dzielnicy z listy.
CHOĆ POMYSŁÓW MROWIE – BLOKI NA OSTROWIE
Mam nieodparte wrażenie, że zdefiniowane w MPR problemy – szpecące ogrodzenia, przerwane pierzeje, ściany szczytowe, zaniedbane fasady, zaniedbane tereny zieleni, pustostany, budynki niewpisujące się w lokalny charakter – to zagadnienia ważne i ich naprawa podniesie jakość życia mieszkańców, estetykę przestrzeni i zbliży wyglądem Poznań do miast cywilizowanej części Europy. Z drugiej jednak strony brakuje mi w proponowanych rozwiązaniach choć kilku inwestycji odważnych, spektakularnych, tworzących klimat miejsca, odbudowujących jego prestiż, dających również większe – odczuwalne – korzyści całemu miastu. Nie tylko „kasa, misiu, kasa”, czy też szczytne idee centrów wzajemnej pomocy, adoracji i wymiany dobrych fluidów, lecz także coś, co promieniowałoby z autarkicznego Poznania w szeroki świat. Czy na przykład dobrym programem dla starej zajezdni przy Gajowej jest Muzeum Pojazdów Szynowych wraz z Muzeum Jeżyc? Już widzę te tłumy turystów walące tam drzwiami i oknami. Wierzę głęboko, że znalazłyby się osoby chętne do odwiedzenia tych przybytków, ale obawiam się, że ich liczba nie przekroczyłaby liczby samych pomysłodawców i ewentualnie członków ich rodzin. Jak wpisuje się w przytoczone wcześniej cele MPR koncepcja zagospodarowania Ostrowa Tulskiego, powstała w Miejskiej Pracowni Urbanistycznej? Jak relacjonuje w GAZECIE Aleksandra Przybylska, a ja to z rosnącym przerażeniem czytam: „W drodze wewnętrznego konkursu w MPU wygrał pomysł przygotowany przez Elżbietę Janus, zastępcę dyrektora pracowni. Janus proponuje, by na Ostrowie Tumskim pojawiły się mieszkania i usługi. Autorka koncepcji nie wyklucza, że powstanie tu także Europejskie Centrum Kultury, jeśli Poznań wygra toczący się wyścig o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Być może w okolicach stawu powstanie centrum wędkarskie, na pewno część terenów będzie przeznaczona na sport.” Hospodi, pomiłuj!!! Jakiś zaprzyjaźniony deweloper postawi gęsto bloki, a drugi dorzuci centrum handlowe. I jeszcze ścieżkę rowerową wytyczą, żeby nie było, że nie STAWIA NA SPORT. Ale nie! Przepraszam, nie doczytałem! Będzie tu też dom kultury!!! Ale tylko jak wygramy w jakimś konkursie – uniwersjada, EURO 2012, ESK 2016, lotto, Twój Szczęśliwy Numerek, Szansa na sukces, Milion w rozumie. Do wyboru, do koloru.
ZMIENIĆ JEST DZIŚ W CENIE MIASTO W AKADEMIĘ
Tylko gdzie, przepraszam bardzo, ten mityczny AKADEMICKI POZNAŃ? Trzymam władzę za słowo i proponuję przeznaczyć pod inwestycje w zakresie szkolnictwa wyższego przynajmniej dwie z licznych wolnych śródmiejskich lokalizacji, typu zajezdnia przy Gajowej, północ Ostrowa Tumskiego, Stara Gazownia, Stara Rzeźnia, Wolne Tory. Ciekawy był projekt zaprezentowany w kampanii prezydenckiej przez Jacka Tomczaka: Ostrów Tumski – wyspa-akademia. Zacytujmy: „Proponujemy przeznaczenie północnych terenów Ostrowa Tumskiego na szeroko pojęte funkcje akademickie. W szczególności w tym miejscu powinny znaleźć się gmachy poszczególnych uczelni, wydziałów, instytutów naukowych, nowa biblioteka multimedialna. Na Ostrowie Tumskim powinny powstać też obiekty szeroko dostępne, powiązane z uczelniami o funkcjach kulturalnych i rekreacyjnych, takie jak teatr akademicki, restauracje, kawiarnie, bulwary. Ostrów Tumski jako akademicka wyspa może w przyszłości stać się jednym z symboli naszego miasta rozpoznawanym w całej Europie.” Interesujący projekt przedstawił też w trzecim numerze METROPOLII Piotr Marcinkowski, dyrektor Biblioteki Wyższej Szkoły Zawodowej „Kadry dla Europy” w Poznaniu: „Aby jednak Poznań mógł stać się miastem-akademią nie tylko w rzeczywistości wirtualnej, niezbędny jest symbol owej akademickości. Miejscem takim może i powinna być duża, nowoczesna, wspólna dla poznańskich uczelni i położona w ścisłym centrum biblioteka akademicka. Marcinkowski proponuje jako lokalizację Wolne Tory.” Czemu nie? Świetny pomysł! Tylko, co na to miasto? Tereny poprzemysłowe, pokolejowe czy też powojskowe to szczególnie atrakcyjne obszary dla inwestycji w funkcje oświatowe. Mają bowiem podobną charakterystykę przestrzenną – są to jakby zamknięte miasta w mieście. Ich tkanka jest często zabytkowa i stąd trudna dla inwestorów, chcących realizować tam budownictwo mieszkaniowe. Istniejące hale przemysłowe stanowią natomiast dla przyszłej uczelni dodatkową atrakcję – trudno realizować takie kubatury w inwestycjach nowych – czysto komercyjnych. Tu natomiast zaadaptować je można na niezwykle atrakcyjne audytoria, atria i hole – miejsca, gdzie kipieć będzie uczelniane życie.
BARDZO JEST TO FAJNE SZKOŁĘ MIEĆ Z DIZAJNEM
Istnieje w Poznaniu bogata tradycja typowej dla dizajnu dobrej jakości. Są u nas doświadczeni twórcy, silne agencje reklamowe, wydawnictwa, mamy też rozwinięty dizajnochłonny przemysł, brak tylko uczelni o odpowiednim profilu, uczącej zarówno wzornictwa przemysłowego, jak i zarządzania dizajnem. Jej otwarcie uruchomi reakcję łańcuchową rozwoju miasta. Poznań, dzięki takiej szkole, upiecze kilka pieczeni na jednym ogniu, wypełni kilka zadań: rewitalizacyjnych dla wybranego obszaru, promocyjnych dla całego miasta – uzyska ono mocny wyróżnik, gospodarczych – dzięki tej kuźni kadr przybędzie nam potężny magnes inwestycyjny, wreszcie społecznych – otworzy miasto na kreatywnych, dobrze zarabiających ludzi. W skrócie korzyści są następujące: będzie to pierwsza tego typu uczelnia w Polsce, wypełniająca dotkliwą dla polskiej gospodarki lukę; będzie to źródło kadr dla nowoczesnej gospodarki, wykształconych i zorientowanych ściśle na potrzeby firm; przyniesie to też poszerzenie rynku pracy dla sektorów kreatywnych; wprowadzi do miasta ożywczy ferment; spowoduje imigrację studentów (także zagranicznych) i kadry naukowej; umiędzynarodowi miasto; będzie dodatkowym czynnikiem lokalizacyjnym dla firm.
STUDENT DUŻO ZNACZY: TO ROZWOJU ZACZYN
Czy aby na pewno wyższa szkoła dizajnu wypełni funkcję rewitalizacji? We współczesnej urbanistyce właśnie szkoły wyższe postrzegane są jako ważny czynnik wpływający na rozwój miast. Bycie studentem to dziś także pewien styl życia. Mniej już istotny staje się wiek czy też status materialny. Osoba czynna zawodowo powinna mieć kontakt z placówkami naukowymi właściwie przez całe życie. Nawet emeryci mają swoje Uniwersytety Trzeciego Wieku. Współczesną gospodarką rządzi idea ciągłego podnoszenia kwalifikacji, dokształcania, przekwalifikowywania się. Coraz bardziej zróżnicowane są też formy studiów – kursy dzienne, wieczorowe, zaoczne, podyplomowe, seminaria, konferencje, letnie szkoły, warsztaty, wykłady otwarte, etc. Zjawisko to powoduje, że z instytucji wcześniej nieco zamkniętej i odseparowanej od tkanki miejskiej tworzy się miejsce otwarte dla nieomal każdego o nieomal każdej porze roku, tygodnia, dnia i nocy. Szkoła wyższa pomaga w tworzeniu i utrzymywaniu miejsc pracy w usługach. Rośnie zapotrzebowanie – szczególnie w pobliżu szkoły – na mieszkania i bazę noclegową. To wpływa na wzrost cen nieruchomości oraz korzyści płynących z ewentualnego wynajmu, to z kolei wpływa na wzrost dochodów mieszkańców tych rejonów. Dzięki szkole, w której studiują ludzie kreatywni, nowocześni, aktywni poprawi się też jakość oferty kulturalnej, sportowej i rozrywkowej w całej okolicy. Wyższa szkoła dizajnu zainicjuje tak zwaną katalizę urbanistyczną. Innymi słowy – dzięki jednej tylko, ale spektakularnej inwestycji finansowanej częściowo z pieniędzy publicznych nie trzeba będzie ponosić kosztów wielu innych koniecznych inwestycji infrastrukturalnych, bo rewitalizacją tego obszaru zajmą się już inwestorzy prywatni, ściągnięci najważniejszym magnesem na rynku nieruchomości – DOBRĄ LOKALIZACJĄ. Kataliza urbanistyczna to taki właśnie silny impuls rozwojowy dla danego obszaru, działa na zasadzie reakcji łańcuchowej. Jak donosi Daniel Załuski w ARCHITEKTURZE, taką metodę zastosowano w Gdańsku – w dwóch XIX-wiecznych budynkach dawnych koszar przy ul. Łąkowej ulokowano obiekty Akademii Muzycznej. W tych monumentalnych przestrzeniach, oprócz samej szkoły miejsce znalazły już sobie studio nagrań, akademik, hotel, restauracja, Instytut Teorii Muzyki. Kataliza. Akademia Muzyczna znalazła się w zdegradowanej dzielnicy Dolne Miasto – na takiej naszej Śródce – gdzie wszelkie inwestycje komercyjne były bojkotowane, dochodził o do aktów wandalizmu i napadów na przybyszów z zewnątrz. Natomiast studenci zostali zaakceptowani przez lokalną społeczność. Proponujemy więc miastu: zastanówmy się nad szkołą dizajnu, może stanie się ona dla nas też szkołą rewitalizacji?